Paradygmat współpracy

Przez ostatnie ćwierć wieku Polska poruszała się w kierunku na Zachód w sposób jednoznaczny. Wstąpiliśmy do NATO, Unii Europejskiej, budowaliśmy demokrację. Rosło PKB, a wraz z nim nasz poziom życia, który coraz bardziej zbliżał się do tego na Zachodzie. W 1990 roku średnia pensja w Polsce była dziewięciokrotnie niższa niż w Niemczech, dzisiaj jest to trzykrotnie mniej. Wciąż sporo, ale postęp w niwelowaniu tej różnicy jednak jest znaczący. Jeszcze do niedawna wydawało się, że ten kierunek rozwoju jest niezagrożony, dany nam raz na zawsze. Tymczasem coś się zacięło. Społeczeństwo podzielone jest jak nigdy, konflikt goni konflikt na czym zaczyna cierpieć gospodarka. Dlaczego tak się dzieje?

W III RP w polityce dominował paradygmat neoliberalny. Stawiał on na pierwszym miejscu gospodarkę, a dokładniej wzrost PKB, który miał stanowić sposób na rozwiązanie wielu problemów niekoniecznie z gospodarką związanych. Wierzono, że wraz ze wzrostem gospodarczym będą poprawiać się relacje pracodawca-pracownik, ponieważ rynek to wymusi. Uważano, że większy kapitał materialny spowoduje też wzrost kapitału społecznego, a przynajmniej poprawi się zaangażowanie społeczne, zacznie działać społeczeństwo obywatelskie. Ponieważ jak staniemy się bogatsi to będziemy chętniej angażować się np. w działalność na rzecz naszej lokalnej społeczności, gdyż nie będziemy już tak skupieni na myśleniu o tym co do garnka włożyć. Wyższe PKB miało nas przybliżyć do krajów Zachodu nie tylko gospodarczo, ale także społecznie. Nic takiego jednak nie miało miejsca.
W naszym rozumowaniu popełniliśmy błąd odwrócenia implikacji. Kraje zachodnie są bogate, ponieważ mają wysoki kapitał społeczny, a my myśleliśmy że jest na odwrót. Dbając o wzrost gospodarczy zwracaliśmy więc uwagę tylko na czynniki ekonomiczne a zignorowaliśmy czynniki kulturowe, które są bardzo ważne, a być może najważniejsze.
W kulturze krajów o wysokim PKB dominuje koncyliacyjność, nastawienie na “dogadanie się” i współpracę. W naszym kraju w debacie publicznej głównym celem jest natomiast narzucenie swojej woli, a nie poszukiwanie wspólnego rozwiązania. Bardzo obrazowo ten problem pokazano w scenie relacji z obrad Sejmu w kultowym filmie “Dzień Świra”.
Kultura nastawiona na konflikt przeszkadza w rozwoju gospodarczym ponieważ hamuje innowacyjność, utrudnia powstawanie organizacji społecznych, których podstawą funkcjonowania jest wspólna praca dla osiągnięcia wspólnych celów zrzeszających się w nich osób. Nie sprzyja tworzeniu właściwych relacji na linii pracownik-pracodawca. Uniemożliwia prowadzenie debaty publicznej i wreszcie demokracja staje się faktycznie dyktaturą większości.
Korzyści związane z kulturą współpracy i trudności związane z próbą jej stworzenia można zobrazować wykorzystując narzędzia teorii gier. Poniższa tabela przedstawia grę w której uczestniczą dwa podmioty ‘szefowie’ oraz ‘szeregowi pracownicy’. Każdy z tych podmiotów ma do wyboru dwie strategie jedną oparta na kooperacji (kultura współpracy), druga na jej braku (kultura konfliktu). Tabela przedstawia zyski/straty każdej ze stron w zależności od tego co sama wybrała oraz co wybrał drugi podmiot.

W naszej grze tak jak często w realnym świecie każdej ze stron indywidualnie opłaca się sytuacja “wyzysku”. Dla szefów będzie to wtedy gdy pracownicy będą pracować uczciwie dla dobra firmy i jednocześnie nie będą mieli żadnego udziału w zarządzaniu firmą co ułatwi kształtowanie niekorzystnych dla nich warunków pracy a to z kolei zwiększy zyski kierownictwa. Natomiast pracownicy skorzystają najwięcej w sytuacji odwrotnej. To jest, gdy mając wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwem zagwarantują sobie wysokie wynagrodzenie nawet wtedy gdy ich kultura pracy będzie pozostawiać wiele do życzenia.
Żadna z sytuacji “wyzysku” nie jest w stanie utrzymać się w dłuższym terminie. Brak zaangażowania pracowników w rozwój firmy spowoduje, że kierownictwo będzie dążyć do pozbawienia ich wpływu na zarządzanie przedsiębiorstwem. Z kolei brak wpływu na zarządzanie zakładem będzie demotywował pracowników do zaangażowania się w pracę. Najbardziej prawdopodobny punktem równowagi jest więc wybór przez oba podmioty strategii konfliktu, ponieważ ta strategia jest najbardziej bezpieczna. Nie generuje strat niezależnie od tego co wybierze druga strona. Ale z punktu widzenia naszego dwupodmiotowego społeczeństwa prowadzi do najniższej sumy dochodów. Najwyższy łączny dochód daje natomiast współpraca obu stron. Jednak osiągnięcie tego punktu równowagi jest trudne, gdyż wymaga istnienia zaufania między graczami. Inaczej mówiąc wysokiego poziomu kapitału społecznego.
Największym wyzwaniem cywilizacyjnym przed którym obecnie stoi Polska to takie ukształtowanie relacji między uczestnikami życia społeczno-gospodarczego, aby w uogólnieniu sytuację w Polsce można było określić jako punkt równowagi umiejscowiony w lewym górnym rogu naszej gry. Jak na razie w Polsce tkwimy niestety w prawym dolnym rogu i nie wygląda na to żeby coś się w tej kwestii zmieniało się na lepsze. Czy Polacy naprawdę nie są zdolni do stworzenia kultury opartej na współpracy? Czy może wygodniej jest nam tak o sobie myśleć? To co kiedyś powiedział Stefan Kisielewski jest dzisiaj bardzo aktualne, choć być może ostatni czasownik trzeba już zmienić na formę dokonaną? “To, że jesteśmy w d****, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.”
Trwa ładowanie komentarzy...